Dla niektórych mogłoby się to wydawać dziwne. Problemy z tego przedmiotu? Ale właśnie tak było. Kiedy inni z łatwością obliczali jednostki i siły różnych działań, on nawet nie uważał na lekcji, przez co później miał ogromne zaległości. Z wszystkich sprawdzianów po kolei dostawał oceny niedostateczne, a nauczycielka była oburzona na myśl o wzbogaceniu się kosztem kilku piątek, czy choćby też czwórek.
Z niewiadomego powodu też, Oliver wyżywał się na niczemu winnemu Colinowi. Codziennie dostawał. Jak nie po lekcjach, to na przerwach. To było w sumie jak taki rytuał. Dlatego i dzisiaj, kiedy chłopak o czarnych włosach, zasłaniających jego piękne, zielone oczy, szybkim krokiem kierował się w stronę domu, najlepszy kumpel Olivera - Graham, chwycił go za plecak, tym samym prawie sprawiając, że mniejszy się przewrócił. Wszyscy we trzej zaczęli się śmiać. Oczywiście, nie chodziło tu o Colina, tylko o Nathana - chłopaka, który chodził tam jako tak zwana obstawa. Zaś Reynolds czekał na to co miało się stać, ze strachem wymalowanym na twarzy.
- Zrozum kurwa, jesteś niepotrzebnym nieudacznikiem - zaczął się wyśmiewać Graham, powodując przy tym slawę śmiechu swoich kumpli. Przecież o to właśnie im chodziło. Pogrążyć Colina i wyżyć się. Zastanawiał się czasami, dlaczego właśnie na niego padło? Ale, kiedy po dłuższym zastanowieniu, uświadomił sobie, że na jego miejscu mógłby znajdować się ktoś inny i nie byłby w stanie mu pomóc... Z drugiej strony, Colin czuł się jak bohater i wybawca innych, nieśmiałych i niczemu winnych osób.
Kilka kopnięć w brzuch. Nawet nie zdał sobie sprawy, kiedy stało się to, że bezwładnie leżał na ziemi i czekał na moment, aż po prostu wróci do domu. Kilka kolejnych obelg w jego stronę i chwila ciszy. Już myślał, że odpływa, już się cieszył, że mógłby odejść, ale nie jestem pewna czy chciałabym tak szybko kończyć tę opowieść, o tym walecznym człowieku.
Podniósł się i otrzepał swoje ubrania. Rękawem przetarł usta i nos, kiedy zauważył, że krew sączy się z jego dolnej wargi. Nie poczuł nawet bólu. W porównaniu do tego, co do tej pory działo się po lekcjach, czy też na przerwach, to była błahostka. Założył kaptur na klejące się od potu włosy, kiedy poczuł, że deszcz zaczyna obmywać jego twarz.
Droga do domu nie była długa, lecz sprawiła mu trochę bólu. Każdy krok był coraz trudniejszy. Kiedy do niego dotarł, otworzył drzwi kluczami znajdującymi się w doniczce na parapecie. Nikogo nie było w domu. Może nieobecność ojca w domu sprawiła, że stał się takim fajtłapą? Jego mama zaś, była dobrą kobietą, lecz całe życie, od dnia do nocy, siedziała w pracy starając się o jak najlepsze warunki dla swojego jedynego syna. I udało jej się. Dwupiętrowy dom, oczywiście nie był jakoś niesamowicie umeblowany, czy cokolwiek w ten deseń, ale Colinowi to starczyło. Ważne, że nawet będąc tam samemu, czuł się bezpiecznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz