czwartek, 1 stycznia 2015

Rozdział 1

Colin Peter Reynolds z trudem podniósł się z łożka, kiedy poczuł jak przeszywa go na wskroś ból w okolicach brzucha. Podniósł do góry za dużą o dwa rozmiary koszulkę i zobaczył na prawym boku ogromnego, żółto-granatowego siniaka. Westchnął wiedząc, że prawdopodobnie dzisiejszego dnia oberwie właśnie w to miejsce. 
Zbliżała się godzina siódma. Czarnowłosy skierował się do łazienki powolnymi krokami. Zmierzwił włosy ręką i przemył twarz wodą. Umył zęby i ponownie wrócił do pokoju aby przebrać się w codzienne ciuchy. Chwycił plecak i zszedł na dół. Założywszy pierwsze z brzegu, pozdzierane trampki wyszedł z domu zamykając go na klucz. 
Jego mamy jak każdego ranka nie było w domu. Wychodziła wczreśnie rano i wracała tak późno, że nawet długo uczący się chłopak nie doczekiwał się jej przyjścia, a nawet jeśli to tylko czasami. Może to śmieszne, ale to raczej przyczyna tego, że Colin nie zasypiał tak późno jak inni nastolatkowie, a jego mama w pełni mu ufała. Tak, rodzice ufają swoim dzieciom. Tak, to jest możliwe. Ale tylko wtedy, kiedy jesteś z nimi szczery, bo rodzice, nawet ci, którzy mniej więcej pozwalają na wszystko, potrafią wyczuć kłamstwo.
Po około siedemnastu, a może i nawet dwudziestu minutach, Colin był na miejscu. Lubił uczęszczać do szkoły, ale do pewnego czasu. Jak każdy nastolatek chyba... Tylko, że inni tłumaczyli się między innymi, multum nauki, tym, że nauczyciele się na nich wyżywają, co w większości było nieprawdą. Ale Colin miał inne zmartwienia, o czym wiedział tylko on i trzech uroczych chłopców. Oliver, Graham oraz Nathan. Znęcali się nad nim niewiadomo za co od neiwiadomo kiedy. Nawet nie pamiętał dnia w którym się to zaczęło, ale też nie chciał pamiętać.
Wszedł do szkoły jak zwykle nie zauważony. Zmienił obuwie na inne pozdzierane trampki i zdjął kurtkę wkładając do szafki. Włożył tam różnież plecak, z którego wziął tylko książki na aktualną lekcję.
Cały dzień minął mu dość spokojnie poza jednym spotkaniem z Oliverem i jego zgrają na dużej przewie, kiedy chłopak dostał kosza od jednej z mądrzejszych blondynek. Oburzony widząc ciemnowłosego, chwycił go za ubranie i popchnał na ścianę, poprawiając przy tym kopniakiem prosto w miejsce ogromnego sińca, którego dostrzegł Reynolds. Z jego ust wydobył się cichy jęk, a cała trójka wybuchnęła gromkim śmiechem. Doprawdy komiczne. 
Szczęściem było to, że jak co czwartek, Oliver zostawał na dodatkowe treningi, co Colin odkrył dopiero po pewnym czasie, ale był z tego iście zadowolny. Nie okazywał tego zbytnio, ale w sumie nie miał po co się  cieszyć. Dla siebie nigdy nie znalazł aż tak dobrego powodu by się uśmiechnąć, a dla innych? O kim właściwie mówimy? Przecież to Colin. 
Dlatego właśnie teraz, powolnymi, miarowymi krokami, spokojnie zmierzał w stronę domu. Kiedy już do niego dotarł, otworzył drzwi i wszedł do środka. Odgrzał sobie wczorajszy obiad, który oczywiście przygotował sam. Usiadł przy stole tuż po zjedzeniu posiłku i wpatrywał się w okno bez powodu. Często tak robił. Nie miał się do kogo odezwać, dlatego nie odzywał się wcale. Poszeł na górę i zaczął odrabiać w swoim pokoju pacę domową, kiedy usłyszał pukanie. Bardzo się zdziwił, ponieważ nie miał gości od... od zawsze. Zerwał się na równe nogi i szybszym krokiem zszedł na dół. Otworzył drzwi i to kogo tam zobaczył, przeraziło go.
- Colin... - zaczął dość pewnie Oliver, a ciemnowłosy zatrzasnął drzwi tuż przed jego nosem. Nie spodziewał się go tu, szczególnie tu. Co mógł przed jego drzwiami robić najpopularniejszy chłopak w szkole, który codziennie spuszczał mu łomot. Może chciał dokonać zemsty w zamian za to, że po szkole mu się to nie udało? Ale wtedy na pewno przyszedłby z obstawą i nie zaczynalby od jego imienia. Swoją drogą, zielonooki nie wiedział, skąd do licha on je w ogóle zna. 
Tuż po chwili znów usłyszał pukanie. Niepewnie otworzył drzwi i ponownie ujrzał przed sobą bruneta.
- Czego chcesz? - spytał niepewnie zaciskając przy tym wargi. Mimo wszstko niebieskooki wydawał mu się z drugiej strony także niepewny tego co robi. 
- Przyszedłem z prośbą - Peter parsknął cicho pod nosem. Z jakieś przyczyny w domu czuł się troche pewniej. No i oczywiście brak obstawy. Choć miał świadomość, że stawianie się komuś takiemu jak Oliver, na pewno nie przyniosłoby nic innego jak kilka sińców. - Potrzebuje korków z fizyki. Dowiedziałem się od baby, że ogarniasz ten materiał. Ale nie chce mówić starym, bo dobrze wiem, że gdybym im to powiedział, nie przyjeliby tego - Colin uniósł wysoko jedną z brwi w geście zdziwienia. Wydawało mu się, że brunet dobrze radzi sobie z uczeniem, ale chodziła też pogłoska, że przekupuje on nauczycieli. Od razu mógł też spostrzec, że nauczyielka fizyki, była taka, która nie była skora ulegać uczniom.
- Nie - odparł Colin próbując zatrzasnąć drzwi, ale w tym samym momencie  niebieskooki zatrzymał je jednym ruchem. Westchnął pod nosem ponownie otwierając drzwi - powiedziałem nie - upomniał się Reynolds oczekując aż starszy chłopak odejdzie. 
- Proszę - na te słowa mimowolnie zmiękł. Nie spodziewał się tego, że z ust chłopaka usłyszy to jedno, kluczowe słowo. 
- Dobrze.
- Jutro po szkole przyjdę do ciebie, pasuje? - spytał Oliver z ulgą w głosie przygryzając wargę, na której znajdował się czarny kolczyk. Colin skinął tylko głową. W sumie mógł udzielić tych korepetycji nawet w tej chwili, lecz z drugiej strony przecież tego nie chciał. Nawet nie wiedział, czemu tak właściwie mu uległ. Flynn odszedł i wtedy to Peter odetchnął uświadamiając sobie, że nie przeżyje jutrzejszego dnia i w sumie nie wiedział, czego może się spodziewać. W pewnej chwili miał także przypuszczenie, że to może być jakiś żart, ale potem odgonił od siebie ten pomysł.
Lecz nie sprawiło to, że w ogóle o tym nie myślał. Wręcz przeciwnie, w momencie, kiedy odrobił pracę domową, zaczął ponownie zastanawiać się nad sprawą korepetycji z Oliverem.
Potem zastanawiał się, czemu jego słownictwo jest takie niedopracowane. Potem jeszcze, dlaczego jego rodzice, nie przyjęliby do świadomości tego, że jest on zagrożony z fizyki. W sumie, mogli nie zdawać sobie sprawy z tego, że przekupuje on nauczycieli...
Wieczorem wziął prysznic i zasnął zmęczony rozmyślaniem o jutrzejszym dniu. Z samego rana zaś usłyszał jak jego mama szykuje się do pracy. Pech chciał, że właśnie wtedy, kiedy chcemy być najciszej, na naszej drodze pojawiają się najgłośniejsze przedmioty, nieprawdaż? Takim właśnie cudem, około piątej, albo nawet czwartej godziny, Colin zwlókł się z łóżka schodząc na dół.
- Dzień dobry - powiedział zaspanym głosem ziewając. Jego mama podniosła głowę i lekko się uśmiechnęła w przepraszającym geście.
- Przepraszam Peter, że cię obudziłam - ucałowała go w głowę kierując się w stronę kuchni i zaparzając sobie mocną kawę. Colin był pewien, że piła ich w ciągu dnia jeszcze co najmniej dwie.
- Mamo, mówiłem ci, nienawidzę mojego drugiego imienia, proszę nie nazywaj mnie tak - oburzył się, choć był tak zaspany, że nie potrafił nawet okazać złości. Choć był także pewien, że nie potrafiłby jej okazać. W żaden sposób.
- Przepraszam, co będziesz dzisiaj robił? - spytała pani Reynolds wypijając ostudzoną kawę duszkiem i zerkając przy tym na swojego jedynego syna. Czarnowłosy właśnie otworzył lodówkę i chwycił z niej jakikolwiek jogurt i zasiadłszy przy stole zaczął go konsumować.
- Po szkole, Oliver chciał, abym udzielił mu korepetycji z fizyki - oświadczył. Jego mama nie wiedziała kim jest Flynn. Nie słyszała nigdy o nim i o tym co robił jej synowi wraz z jego bandą. 
- O, to miło z twojej strony. Cieszę, że znalazłeś sobie jakiegoś kolegę - Peter uśmiechnął się niemrawo wyrzucając przy tym opakowanie. Choć jego mama nie mogła dostrzec tego pełnego sztuczności uśmiechu. Nienawidził Olivera i naprawdę, nie trzeba być Einsteinem, żeby wiedzieć dlaczego tak właściwie darzy go takim uczuciem.
Jego mama jeszcze raz ucałowała go w głowę żegnając się z nim i w pośpiechu wychodząc z domu. Pech chciał, że budząc się tak wcześnie, musiał spędzić dwie, czy trzy godziny, nad ponownym zastanawianiem się, dlaczego tak właściwie zgodził się na te cholerne korepetycje. Nim jednak się obejrzał, zegarek wskazywał na godzinę siódmą. Ubrał się w pierwsze lepsze ciuchy i wziął torbę. Ostatni dzień w piekle, choć piekło przyjdzie do jego domu. 
Wyszedł z domu i jak co dzień, przebył dwudziestominutowy spacer do szkoły. Specjalnie wychodził tak wcześnie, aby wydłużyć sobie spacer. Choć zauważył, że czy chodzi szybko, czy też wolno, jego spacer nie różni się zbytnio przebytym czasem. 
Kiedy już dotarł na miejsce, do lekcji było jeszcze około trzydzieści minut. Przebrał swoje obuwie na przedarte trampki i zdjął kurtkę i jak co dzień schował do szafki wraz z plecakiem, wziąwszy książki i zeszyty na obecną lekcję. Usiadł pod klasą. Wszystko wydawało się takie samo jak wczoraj, ale jednocześnie inne. Kiedy do szkoły przyszła trójka najpopularniejszych chłopaków w szkole, a zarazem nazywanych piekłem przez Colina, zmierzyli go morderczym wzrokiem. Peter był pewien, że skoro Oliver chciał brać od niego korepetycje, to nie będzie się na nim wyżywać, ale najwidoczniej ogromnie się pomylił. Na pewno zależało mu na zdaniu przyjaciół...
Na dużej przerwie, Colin jak zwykle starał się uniknąć kłopotów, kiedy to one same go odnajdywały. Dlatego kolejny dzień z rzędu dostał w to samo miejsce na brzuchu. Oliver bił go chyba najmocniej, jakby właśnie oczekiwał, że dzięki temu, czarnowłosy będzie bardziej skory do udzielania mu korepetycji. Jednak równocześnie robił to z ogromną niepewnością. Co jego koledzy oczywiście od razu skomentowali. Wtedy po raz kolejny dostał w brzuch i upadł na kolana.
Colin nie był w stanie przyjść na kolejną lekcję, kiedy siedząc w łazience zaczął pluć krwią. Wrócił do domu nie informując o tym żadnych z nauczycieli. Wiedział, że zaczęliby dociekać co jest tego przyczyną. Nie miał zamiaru tłumaczyć się z siniaka wielkości zaciśniętej pięści dorosłego mężczyzny. A może nawet i większego. Cieszył się jedynie, że były to zajęcia z plastyki i wychowanie fizyczne. Z tych dwóch nie musiał się w ogóle tłumaczyć nauczycielom ani mieć jakichkolwiek zaległości.
W domu przemył sobie twarz i wypłukał usta. Położył się na kanapie okładając sine miejsce lodem. Zasnął ze zmęczenia i znużenia zaistniałą sytuacją. Obudziło go pukanie do drzwi. Powolnym krokiem wstał, od razu upadając jednak na kanapę kiedy poczuł jak zakręciło mu się w głowie. Otworzył drzwi tuż po piętnastu minutach, kiedy pukanie nie ustawało, a nawet wręcz przeciwnie. 
- Myślałem, że tylko robisz sobie żarty. Naprawdę masz jeszcze czelność przychodzić tu teraz, po tym co mi zrobiliście? Po raz kolejny zresztą - Colin nigdy nie czuł aż tak ogromnej złości. Chciał ją jakoś uwolnić i właśnie tak wyszło, że padło na bruneta.
- Ale przecież umówiliśmy się na korepetycje. Poza tym, dobrze wiesz, że gdybym ci nie przypierdolił, to zaczęliby się ze mnie śmiać - odparł Flynn, a Peterowi aż odebrało mowę. To o to chodziło...
- Wejdź, chcę mieć to wszystko już z głowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy